wtorek, 15 września 2015

Wtorkowe popołudnie

Popołudnie. Zwyczajne. Wtorkowe.

Złote słońce wpada balkonowym oknem i odbija się w kieliszkach z różowym winem. Samolot przymierza się do lądowania. Pranie suszy się w salonie. Cisza. Niezmącona radiem ani telewizorem. Żadnych uchodźców, ataków terrorystycznych, referendum i bezrobocia. Żadnych silikonowych piosenek z przytupem w rytmie disco. Szumią jesiennie już drzewa w ogrodzie. Spoglądam na drzemiącego Muszkietera. Słyszę jego spokojny, równy oddech. Oddech po ciężkim dniu w pracy. Oddech, w którym jest spokój, wytchnienie i radość ze zwyczajnego popołudnia w domowym zaciszu.





Kolejny samolot będzie za chwile lądować. Pasy bezpieczeństwa, uśmiechnięte stewardessy, ciśnienie, prędkość, obniżanie lotu, pilot, hamowanie, brawa, bagaże... A u nas popołudnie. Zwyczajne. Wtorkowe. Cisza. Zapach poobiedni w mieszkaniu. Złote słońce wypełnia salon, kładzie się na żółtych ścianach, przegląda w kieliszkach z różowym winem. Próbuje dosięgnąć czoła śpiącego Muszkietera. Otula schnące pranie.



Byliśmy dziś oglądać mieszkanie. To, w którym jesteśmy - uwielbiamy, ale musimy je opuścić. Długo szukaliśmy, pytaliśmy, dowiadywaliśmy się i studiowaliśmy oferty w Internecie. Za każdym razem ostatecznie kończyło się na smutku, że musimy stąd wyjechać. W międzyczasie, w tym samym budynku, zwolniły się dwa mieszkania. Nie zdążyliśmy ani w jednym, ani w drugim przypadku. Nie mogliśmy tego przeboleć. W końcu pogodziliśmy się, z tym, że musimy opuścić to miejsce - ten balkon i widok na lśniącą w słońcu Sekwanę. Te szumiące pod oknem drzewa i obłędnie śpiewające ptaki o świcie. Nasz ulubiony sklep i boulangerie z najpyszniejszymi na świecie, chrupiącymi bagietkami. Sąsiadów, od których uczyłam się francuskiego, Panią Marię dbającą o perfekcyjny porządek w okolicy posesji i rude koty z sąsiedztwa. Wszystko znane, oswojone, nasze. I kiedy już pogodziliśmy się z tym, że musimy to nasze gniazdo opuścić - stał się cud. Pani Maria któregoś dnia zaczepiła nas na klatce schodowej i z niekrytą radością wręczyła nr telefonu do właściciela jednego z mieszkań w tym samym budynku, w którym mieszkamy. Jego lokator ze względów zawodowych musiał się nagle wyprowadzić. Tym razem nie zwlekaliśmy ani chwili. Wzięliśmy to mieszkanie w ciemno. Wiedzieliśmy, że nic nam innego nie potrzeba, że to mieszkanie czekało na nas. Apartament na tym samym piętrze, w tym samym układzie, z takim samym dużym balkonem i z jeszcze lepszym widokiem na rzekę! Jakaż była nasza radość, kiedy dziś podczas wizyty okazało się, że to mieszkanie nie tylko jest niemalże takie samo jak to obecne, ale posiada jeszcze lepsze rozwiązania przestrzenne. Dodatkowo właściciel robi gruntowny remont łazienki i odświeża cały apartament. Po rekomendacji, jaką dała nam Pani Maria, właściciel nie szuka nikogo innego i jest zdecydowany wynająć je właśnie nam. W październiku możemy się wprowadzać. Hurra! Bez pośrednictwa agencji, kosmicznych prowizji, bez kombinowania, przeciągania sprawy i zabawy w kolekcjonowanie milionów dokumentów. I w bardzo rozsądnej cenie. Ci, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z szukaniem mieszkania we Francji wiedzą, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Albo to On nas przygarnął ;)









Popołudnie zmierza ku wieczorowi. Słońce zalewa swym złotym ciepłem cały salon. W dali lśni Sekwana. Pranie wyschło. Na kolację będzie jajecznica. Różowe wino się kończy. Muszkieter się obudził.

Kończy się dzień.Wtorkowe popołudnie.

Wyjątkowe w swej zwyczajności.

sobota, 12 września 2015

Mój Paryż (nie) codzienny

Nie wiem, jak to się dzieje, że tak łatwo się zapomina. O zachwycie, zadziwieniu, o tych pozytywnych ciarkach, skurczach i przyspieszonym biciu serca na widok kogoś lub czegoś. Hmmm, brzmi jak definicja zakochania? Zauroczenia? Pasji? Być może. Ale od tego zaczyna się przecież każda mniejsza i większa zmiana w życiu. Mam na myśli przede wszystkim miejsca. Przestrzeń, którą wybieramy na wakacje, na kolację, na nocleg, do życia. 

Mam na myśli Paryż.


Pamiętam swój zachwyt. Pierwsze spotkanie z Wieżą pod osłoną nocy i w strugach deszczu, pierwsze jeszcze ciepłe pain au chocolat, kasztany na mokrym chodniku pod Trocadéro, wschód słońca ze złotą kopułą Pałacu Inwalidów na pierwszym planie. Labirynt uliczek pachnących kawą z tarasów restauracji i brasserie na każdym rogu. Śpieszących się do pracy Paryżan z przerzuconym przez ramię szaliczkiem. Wielkie okna pięknych kamienic, pełnych stylowych rzeźbień i balkonów. Pamiętam najbardziej romantyczne spacery na Montmartre, jakie można sobie wyobrazić. Pierwsze kolacje we francuskich restauracjach, przyprawiające o zawrót głowy aperitify i obłędne foie gras z sałatą na tzw. wejście. Pamiętam pierwsze podróże metrem i moje przerażenie w świecie podziemnym połączone z niedowierzaniem, że można posiąść tu umiejętność sprawnego przemieszczania się po tej metropolii, obsługiwanej przez 14 linii metra i całą sieć miejskich i podmiejskich kolei. Był też szok na widok dzielnic afrykańskich, arabskich, chińskich... Na widok slumsów... Przyczep campingowych ukrytych przy autostradach, torach kolejowych, obrzeżach parków i dzikich zielonych terenach.






A potem były kolejne przyjazdy i kolejne etapy. Za każdym razem zachwyt mieszał się z ciekawością, zadziwieniem, niekiedy przerażeniem, a w końcu też niekiedy odrobiną niechęci. 

Mijają dokładnie trzy lata, odkąd postawiłam pierwsze kroki na francuskiej ziemi.

Dziś tu mieszkam, pracuję, żyję, jeżdżę metrem, robię obiady, codzienne zakupy i chodzę do dentysty.

Wiem, tak mało tu Paryża na blogu. Ale też poniekąd takie było moje założenie, kiedy tworzyłam tę stronę. Bo tak naprawdę to odkąd zaczęłam odkrywać Francję poza granicami stolicy - wtedy dopiero wpadłam po uszy. Zakochałam się. Nie zapomniałam o Paryżu i on zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu. Ale...

Niepostrzeżenie, po cichutku wkradła się w to moje paryskie życie nuta rutyny. Zdałam sobie z tego sprawę ostatnio, idąc do pracy, skupiona na telefonie i mp3 w uszach, zamiast na otaczającym świecie. Zdałam sobie sprawę, że się nie zachwycam. Że nie zauważam. Nie odkrywam, nie analizuję, nie zaglądam. Że pędzę, marudzę, narzekam. Na wolno idących ludzi, na odwołany pociąg, na niezrozumiale artykuły w gazetach, na śmieci na ulicach i powolne czarnoskóre ekspedientki. I skarciłam siebie w duchu. Zaczyna się jesień - pora, kiedy w sposób szczególny Paryż staje się niezwykle klimatyczny. Przecież lubię to bardzo! Zadałam sobie więc zadanie pozadomowe do odrobienia. Następnego dnia zostawiłam w domu mp3, a telefon schowałam na dno torebki. Wzięłam do ręki aparat fotograficzny i postanowiłam odbyć drogę do pracy tak, jakbym jechała tam po raz pierwszy, mając na celu odkrywanie Paryża. Taka zabawa w turystkę ;) I dzielę się z Wami efektami mojej pracy, przy okazji uchylając rąbka tajemnicy, jak wygląda moja codzienna droga do pracy ;)















































Powiem Wam, jakby to banalnie nie zabrzmiało, że warto od czasu do czasu zatrzymać się w tym dzikim pędzie codzienności. Zostawić w spokoju tę komórkę. Spojrzeć w górę, spojrzeć na boki, oddychać, patrzeć, zaglądać w okna, zmieniać kąt i optykę patrzenia. Pobawić się życiem, pełnym tak przesadnie, bo pozornie ważnych i poważnych spraw do załatwienia i obowiązków do wykonania. Nie patrzeć, tylko dostrzegać. I doceniać. Ja bawiłam się znakomicie i Wam taką zabawę gorąco polecam! Bawcie się i zachwycajcie! ;) To też, a może przede wszystkim - jest życie!

P.S. Mam już pomysł na następną "karę" dla siebie ;) Bądźcie czujni! ;)