poniedziałek, 29 czerwca 2015

Przystanek: Chartres

Są takie miejsca, o których coś się słyszało, coś się widziało w TV, o których nie wypada nie wiedzieć, a o których na samym końcu okazuje się, że nie Wiesz nic. Jedziesz w to miejsce i przecierasz oczy ze zdumienia. Tak, czujesz się jak ignorant. Ja tak się czułam, gdy dotarłam do Chartres.









Jak przetrwać zakupy?


Należę do tej mniejszości ludzi, a na pewno do tych rzadkich przypadków kobiet, które nie znoszą zakupów. Nie znam takich sytuacji, jak suszenie głowy facetowi o wyjazd na tzw. shopping i na szczęście tu rozumiemy się doskonale. Sklepy, że nie wspomnę o strasznych centrach handlowych  wysysają ze mnie energię w tempie pendolinowym, nużą, meczą, a przede wszystkim sprawiają, że mam poczucie totalnej i absurdalnej straty czasu. Tak, mieszkam w stolicy mody i nienawidzę zakupów, nie lubię Champs-Élysée i... nic na to nie poradzę. 

Przychodzą jednak takie dni i momenty, kiedy TRZEBA to zrobić. Jechać, wbić się w oszołomiony promocjami tłum i zakupić. Niestety te super promocyjne produkty mają zazwyczaj, poza zaletą przyzwoitej ceny, pewną podstawową wadę - psują się, niszczą, wycierają, pękają w tempie błyskawicznym.

Kilka dni temu właśnie nadszedł TEN dzień, odkładany zresztą od jakichś trzech tygodni, kiedy to padło smutne stwierdzenie - musimy jechać na zakupy. Pojechaliśmy. Kupiliśmy, co trzeba i jak zwykle to, czego nie potrzeba - kolejny powszechny absurd zakupomanii. 

Przeżyłam, a nawet znalazłam swój sposób na przetrwanie tego strasznego i nudnego obowiązku prozy życia. Okazuje się, że w każdej sytuacji można znaleźć pozytywne akcenty. Potrzeba jedynie trochę dobrej woli, fantazji i uważności. No i może odrobiny poczucia humoru ;) Oto moje zdobycze do kolekcji ;)


























Dla tych, którzy do mojej mniejszości nie należą i lubią shoppingowe polowania, śpieszę donieść, że od kilku dni we Francji trwają tzw. soldy, czyli gorące przeceny, które potrwają do połowy sierpnia. Ale pewnie to już wiecie ;)




Udanych zakupów i dobrej zabawy! ;)

piątek, 26 czerwca 2015

Święto Muzyki i piraci z Saint Malo

W tym roku francuskie Święto Muzyki miało miejsce w ubiegłą niedzielę, choć już w sobotę telewizja transmitowała dwa wielkie koncerty, które odbyły się z tej okazji pod palmami w Nicei i w niezwykłym amfiteatrze w Orange. Tak się złożyło, że akurat w niedzielę musiałam pójść do pracy. Nie planowałam więc, ani nie zakładałam, że pójdę na jakiś koncert lub w inny sposób skorzystam z tego niesamowicie rozśpiewanego i roztańczonego dnia. Bo rzeczywiście cala Francja wówczas muzyką stoi i podryguje w najmniej oczekiwanych miejscach. Muzykę można usłyszeć dosłownie wszędzie - na placach, w parkach, w restauracjach, na dworcach, ulicach, rynkach... Każde miejsce, każdy kawałek przestrzeni publicznej staje się dobrym pretekstem do tego, by uczynić z niego scenę. Występują nie tylko znani artyści, ale także amatorzy, pasjonaci, kapele rozmaitych gatunków i stylów muzycznych.


No więc szlam rano do pracy, mijając ludzi dźwigających rozmaite instrumenty muzyczne i myśląc sobie, że żal mi, że takie święto mnie w tym roku ominie. Dzień w pracy okazał się jeszcze bardziej wyczerpujący i trudny niż zakładałam, więc marzyłam tylko o tym, by jak najszybciej wrócić do domu. Ale w życiu nie ma nic piękniejszego, niż spontaniczność, przełamywanie rutyny i niepoddawanie się zniechęceniu i zmęczeniu. Gdy dojechałam do miasteczka, w którym mieszkam, wyszłam z pociągu i postanowiłam pójść na spacer nad rzekę. Dawno tam nie byłam, a jest to miejsce niezwykle urokliwe i szczególnie mi bliskie z rożnych osobistych powodów. W najbardziej paskudny i najgorszy dzień życia, nie da się nie dostrzegać tam piękna ukrytego w kojącej zieleni otulającej rzekę, w dźwięku wody pluskającej pod przycumowanymi łódkami, w koncercie ptaków, dzikich kaczek i szumie wiatru kołyszącego alejkami drzew, w refleksach światła migoczących w lustrze rzeki, w bieli, różu i błękicie sąsiadujących uroczych domków z kolorowymi okiennicami... Doprawdy, nie da się tam pójść i nie stwierdzić, że świat jest naprawdę piękny, choćby miało to zabrzmieć najbardziej banalnie... Chce się usiąść na ławce pod szumiącym i pachnącym świeżością drzewem, popatrzeć na rzekę i odetchnąć...



Tak właśnie zrobiłam i tak rozpoczęła się ta lepsza połowa dnia.

środa, 24 czerwca 2015

Goło i wesoło przez świat - kilka słów o francuskiej TV


Źródło www.facebook.com/NusetCulottes

Lubię francuskie programy telewizyjne i uważam, że Francuzi mają świetne pomysły na reportaże, zwłaszcza podróżnicze i obyczajowe. Potrafią w rewelacyjny sposób pokazywać swój kraj i promować ogromne bogactwo bardzo odmiennych pod wieloma względami regionów. Świadczą o tym choćby programy, które mają swoją edycję co roku, a w których Francuzi wybierają np. najpiękniejszą wioskę francuską, najpiękniejszy zabytek albo ogród. I uwierzcie, że mają z czego wybierać! Bo Francja to nieprzebrane bogactwo naturalno-kulturalno-historyczno-obyczajowo-kulinarne - kolejność dowolna. Mam przynajmniej kilka tego rodzaju ulubionych programów. Sekrety historii czy Bienvenue chez nous, gdzie do rywalizacji stają właściciele hoteli, campingów czy pokoi gościnnych. Uwielbiam także francuskie benefisy i muzyczne programy rozrywkowe, które zazwyczaj odbywają się w weekendy. Ogromnym odkryciem dla mnie był tutaj program, który ma swoje edycje w wielu krajach na świecie - The Voice. Zaczęłam go oglądać przypadkiem i z każdym odcinkiem odkrywałam, jak bardzo rożni się od polskiej edycji - na plus. Począwszy od poziomu wokalnego uczestników, poprzez atmosferę programu, po fantastyczną współpracę jury. O tym napiszę więcej kiedy indziej, bo dziś chciałabym Was zachęcić do obejrzenia ostatniego w tym sezonie odcinka rewelacyjnego programu pt. Nus et culottés. Wybaczcie, ale nie pokuszę się o tłumaczenie tej gry słów, która jest w tytule ;) Może Wy spróbujecie?

Źródło www.facebook.com/NusetCulottes
Źródło www.facebook.com/NusetCulottesapis
Źródło www.facebook.com/NusetCulottes

Dwóch niesamowicie sympatycznych i zabawnych facetów wyrusza w podroż. Każda wyprawa ma swój określony cel - nie tylko destynację, ale też jakieś zadanie do wykonania, które jest prawdziwym wyzwaniem, np. postanawiają znaleźć złoto w Szwajcarii, spotkać niedźwiedzia w hiszpańskich Pirenejach czy napić się czekolady z królem Belgii. Każdy odcinek opowiada o jednej podroży, która trwa kilka tygodni. Wyruszają kompletnie nago :) i bez pieniędzy - z jednym małym tobołkiem i kamerą. W pierwszym etapie podroży sami szukają dla siebie jakiegoś podstawowego odzienia, w którym mogliby wyjść w miejsce publiczne - np. produkują spódniczki ze mchu leśnego lub gałęzi czy szmat znalezionych w jakimś kontenerze :) Następnie zdają się już całkowicie na przypadkowo spotkanych ludzi, którzy karmią ich, dają im odzienie, dach nad głową, podwożą, a przede wszystkim pomagają w realizacji celu podroży. W dzień i w nocy, w słońcu i strugach deszczu. To właśnie te spotkania z ludźmi sprawiają, że ten program jest niesamowity. Poza tym, że zwiedzamy z bohaterami rożne ciekawe i niekoniecznie znane miejsca, to mamy też okazję gościć z nimi pod dachami zupełnie przypadkowych, niesamowicie życzliwych, otwartych, czasami bardzo oryginalnych i interesujących osób. Spontaniczność i minimum reżyserii to podstawowe atuty programu. Z realizacją celu jest rożnie - niekiedy zadanie staje się nierealne do wykonania, a innym razem, dzięki rożnym ludziom i zbiegom okoliczności udaje im się spełnić marzenie. Niezależnie jak kończy się przygoda, program wciąga i bawi niesamowicie, bo realizowany jest z pomysłem i poczuciem humoru.

Źródło www.facebook.com/NusetCulottes
Źródło www.facebook.com/NusetCulottes
Źródło www.facebook.com/NusetCulottes
Jutro, 25 czerwca o godz. 20.40 na France 5 ostatni odcinek tego sezonu. Gorąco polecam i czekam na Wasze opinie. A może znacie już ¨nagusów¨ albo inne tego typu programy?? ;) Dzielcie się!

Odsyłam Was na ich profil na Facebooku:
https://www.facebook.com/NusetCulottes?fref=ts

a także na stronę France 5, gdzie można obejrzeć powtórki programu:

http://www.france5.fr/emissions/nus-et-culottes

dla osób uczących się języka francuskiego przyjemne z pożytecznym ;)

Miłego oglądania i czekam na Wasze opinie! :)

wtorek, 23 czerwca 2015

Pourodzinowo, czyli refleksji kilka o elegancji na wózku inwalidzkim

W tym roku świętowanie urodzin zaczęłam dzień wcześniej. Mój Muszkieter wrócił z pracy z szampanem i oświadczył mi, że czas zacząć obchody moich urodzin i że zabiera mnie na kolację. Na moje pytanie, czy wie na pewno, jaki jest dzień, odparł, że wigilia to świetna okazja, by przedłużyć świętowanie...

Częstujcie się ;)
W ten oto sposób wylądowaliśmy w restauracji w wigilię moich urodzin. Było milo i jak zwykle baaardzo smacznie. Uwielbiam francuskie lokale i francuskie jedzenie. Niezależnie, czy traficie tu do kultowej restauracji, czy też do sieciówki, typu Courtepaille czy TablaPizza – będzie Wam smakowało, bo Francuzi są w sztuce kulinarnej mistrzami. Myślę, że nikt nie zaprzeczy... Tu nie ma miejsca na ignorancję i kolokwialnie rzecz ujmując – ściemnianie. Musi smakować. I smakuje wybornie.



Roladki z kurczakiem, papryka, cebulką i curry. Pycha.
Francuzi uwielbiają biesiadować przy stole. Kolacje w restauracjach to dla nich codzienność. Lubię ich obserwować podczas takich spotkań. My, Polacy spotykamy się zazwyczaj w domach, choć na większe uroczystości już zazwyczaj rezerwujemy lokale. Tak czy inaczej spotkania towarzyskie w restauracji to raczej rzadkość w Polsce. O tej kulinarno-towarzyskiej obyczajowości Francuzów można by mówić wiele, ale ja chciałabym się podzielić z Wami obrazkiem, który mnie przedwczoraj, podczas kolacji przedurodzinowej, bardzo poruszył.

Kolejna perełka ;)
Przy stoliku obok nas zajęła miejsce para osób w średnim wieku, do których dołączyli prawdopodobnie ich znajomi. Elegancko ubrany Pan usadowił obok siebie żonę, która siedziała na wózku inwalidzkim. Z tego co zdążyłam się później zorientować Pani była prawdopodobnie sparaliżowana, nie jadła samodzielnie i chyba nie mogła mówić... A ja... nie mogłam oderwać od niej wzroku. Nie dlatego, że była niepełnosprawna fizycznie, być może także intelektualnie, nie przez wzgląd na niecodzienną sytuację, bo przecież sytuacja jest jak najbardziej normalna i życiowa. Wpatrywałam się w kobietę, bo wyglądała naprawdę pięknie! Była ubrana w gustowną czarną sukienkę z koronkowymi wykończeniami, miała elegancką fryzurę i delikatny makijaż, dopasowane okulary dodawały jej elegancji i szyku. Elegancki Pan karmił ją łyżeczką, a towarzyszący znajomi rozmawiając zwracali się zarówno do niego, jak i jego żony.... Czy widzieliście kiedyś taki obrazek w polskiej restauracji? Ja chciałabym zobaczyć....

Mam nieodparte wrażenie, że u nas wykluczenie osób niepełnosprawnych fizycznie i intelektualnie, jest ciągle przeogromne. Zdecydowanie za duże, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo się chełpimy naszą postępowością cywilizacyjną i mentalną... W przypadku osób niepełnosprawnych nie stajemy na wysokości zadania. Przyzwalamy na wykluczenie i sami wykluczamy. Zamykamy ich w domach, odcinamy od normalnego życia, pracy i rozrywek. Często nie dbamy o nich, na rożnych poziomach. Dlaczego nie mogłam oderwać wzroku od tej kobiety w restauracji? Bo nigdy w Polsce nie widziałam tak zadbanej i eleganckiej niepełnosprawnej intelektualnie osoby.

Te refleksje zbiegły się z pewnym mejlem, którego dostałam niedawno, a który mnie bardzo ucieszył i poruszył. Znam pewną niesamowitą osobę, która pracuje od jakiegoś czasu z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Po latach poszukiwań, rożnych doświadczeń zawodowych odkryła spełnienie i radość właśnie w kontakcie z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie. Jest szczęśliwa, lubi poniedziałki, a w weekendy tęskni za pracą :) Jej nowa droga zawodowa miała swój początek we... Francji. Rzuciła stałą pracę w Polsce, by w małym miasteczku pod Paryżem, pracować przez kilka miesięcy z osobami niepełnosprawnymi. To tu odkryła swoje powołanie. Po powrocie do Polski podjęła nowe studia – pedagogikę specjalną i rozpoczęła pracę w ośrodku dla osób niepełnosprawnych intelektualnie. Dziś uśmiecham się, gdy dostaję od niej mejle, w których pisze, że jest szczęśliwa. Natalia prowadzi bloga, na którym w bardzo intymny i piękny sposób wprowadza nas w trudny, a zarazem prosty, barwny, bogaty i bardzo uśmiechnięty świat osób niepełnosprawnych intelektualnie. Warto poczytać, żeby zrozumieć. Żeby nie wykluczać. Żeby ubierać w eleganckie sukienki, zawozić do restauracji i karmić łyżeczką. Żeby żyć normalnie i tej normalności ich nie pozbawiać.

Zapraszam Was gorąco na blog Natalii. Tytuł mówi sam za siebie... i z tą refleksją Was dziś pozostawiam.




wtorek, 16 czerwca 2015

Na szlaku francuskich zegarów, czyli moja obsesja

Czy zastanawialiście się kiedyś, czym tak naprawdę jest czas? Niby taka oczywistość, wpleciona w nasze życie. A przecież nie, to raczej nasze życie podporządkowane jest czasowi. Z jednej strony to zabawne, bo przecież jest on tak naprawdę abstrakcją. Nie da się go dotknąć, zobaczyć, powąchać... Jest czymś ulotnym. Posiada wprawdzie ¨mierzalnik¨ w postaci zegara, no ale... czym tak naprawdę jest zegar? Zanim został skonstruowany, to przecież czas już istniał...




Wszechwiedząca Wikipedia wydaje się bardzo pobieżnie i ogólnikowo traktować te jakże zajmujące zagadnienia. Jako rasowa humanistka nie odważę się jednak wgłębiać w wiedzę z zakresu fizyki i mechaniki i analizować ją publicznie ;) Pozostawiam Was zatem z tą ¨czasochłonną¨ refleksją i przejdę do zegarów...




Zegary mają w sobie coś magicznego. Lubię dźwięk tykającego zegara w wieczornej ciszy domu. Do dziś pamiętam zegary, które wisiały w sypialniach moich dziadków. Jestem w stanie odtworzyć w pamięci dźwięki, jakie one wydawały. Jeden tykał dyskretnie, ale stanowczo, drugi – piękny, antyczny, ogromny, z ciężkim wahadłem, wydawał charakterystyczne ¨bim-bam¨ co 60 minut w ilości odpowiadającej godzinie, a także pojedynczy gong 30 minut przed pełną godziną. Dla mnie, jako dziecka urastał do rangi wawelskiego Zygmunta. Nigdy nie zapomnę tego dostojnego dźwięku rozlegającego się w nocnej ciszy...




Skąd w ogóle te rozmyślania? Być może to syndrom zbliżających się urodzin... ;) Zazwyczaj włącza mi się wówczas autorefleksja skłaniająca do podsumowań kolejnego mijającego roku – taki prywatny sylwester ;) A w tym roku jest co podsumowywać. Działo się. Tak się składa, że rok temu moja przeprowadzka do Francji zbiegła się z przekroczeniem symbolicznej 30-tki. I choć nie mam obsesji na punkcie przybywających lat, to odkąd mieszkam we Francji mam przysłowiowego ¨hopla¨ na punkcie zegarów. Spotkacie je w Paryżu i nie tylko na każdym kroku. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Wiecie już dlaczego, zgodnie z moją zapowiedzią, będzie tak wiele zegarów na tym blogu? A uściślając - zegarowych fotografii? Myślę, że chęć zamykania ich w kadrze to swego rodzaju próba zatrzymania czasu, ważnych chwil i momentów życia... Bezcenne.




Wypatruję ich w każdym miejscu i czasie. Są obecne na placach, w parkach, przy stacjach metra, w pałacach, zamkach, na pchlich targach, na wieżach kościołów, na budynkach merostwa, czyli tutejszych urzędów miasta. Wiszą na dworcach, w lokalach, galeriach i witrynach sklepów z antykami. Mają rożne rozmiary, ale zazwyczaj rzucają się w oczy. Są piękne – stare, nowe, zabytkowe, oryginalne, finezyjnie zdobione, albo też proste, subtelne. Wszystkie odpowiednio, z wyczuciem estetyki i smakiem, wkomponowane w paryski i nieparyski krajobraz. Lubię to. 
Można je spotkać w najmniej oczekiwanym momencie i najbardziej zaskakującym miejscu. Kryją się w zaułkach, na ścianach, slupach, wieżyczkach, sufitach. 





Dlatego chciałabym dzisiaj zaproponować Wam niecodzienną wycieczkę, którą można by nazwać ¨szlakiem paryskich (lub innych, ale francuskich) zegarów¨. Wybierzcie sobie dowolnie – jakąkolwiek paryską (lub nieparyską, ale we Francji) dzielnicę, ulicę, szlak. Przemierzajcie je, rozglądając się wnikliwie dookoła, próbując znaleźć jakieś zegary. Jedna mała praktyczna wskazówka – rzadziej spoglądajcie pod nogi, a częściej w górę. Policzcie zegary i dajcie znać! :) 







Wiecie co jest najlepsze w tej zabawie? Nie tylko ¨upolowane¨ zegary, ale też perspektywa patrzenia na otaczający świat. Dla mnie to prawdziwa lekcja uważności. Na to, co mijam – nie tylko budynek, ale jego detale. Nie tylko słynne obiekty z przewodników turystycznych, ale też kamienice stojące nieopodal. Można przy okazji odkryć wiele fascynujących miejsc, budynków, kafejek, uroczych dziedzińców i uliczek, domków, skwerów, na które, biegnąc turystycznym szlakiem od punktu A do punktu B, nigdy nie zwrócilibyście uwagi. Wiem – jest wiele do zobaczenia, zwiedzenia, zaliczenia i powiecie, że nie ma na to czasu. Zapewniam Was, że taki sposób patrzenia nie zrujnuje Waszych krajoznawczych planów, a jedynie je wzbogaci o nowe wrażenia i satysfakcję z Waszych obserwacji i odkryć.







Swoją drogą to ciekawe. Wszechobecne zegary w kraju, gdzie jego mieszkańcy nigdy specjalnie się nie spieszą, dla których przerwa obiadowa jest nienaruszalną świętością, a nieregularne godziny urzędowania są na porządku dziennym, nie wspominając o zamkniętych w poniedziałki bankach i wielu innych instytucjach oraz sklepach, które rekompensują sobie w ten sposób pracującą sobotę... Jak widać obecność zegarów na każdym kroku nie wywiera na Francuzach żadnej presji bycia na czas – nie dziwcie się więc ani powolnym kelnerom, ani zamkniętym w godzinach urzędowania instytucjom. Podziwiajcie za to zegary i francuskie ¨ dolce far niente¨ ;)






Przygotowując tort urodzinowy, czekam z niecierpliwością na Wasze relacje z zegarowych wycieczek! 

Tymczasem już dziś zadanie specjalne dla Was. Kto rozpoznaje zegary na powyższych zdjęciach? 
Czekam na Wasze komentarze. Powodzenia! ;)